Gospodarstwo Agroturystyczne w Jaśkowicach

Gospodarstwo Agroturystyczne w Jaśkowicach

Dzisiaj10
Wszystkie1624
Wspomnienia Daniela

Jaśkowice.
Wysiadam z pociągu. Czeka mnie kwadransowy spacerek. Reszta ekipy przyjedzie swoim transportem albo busami czy MPK z Krakowa. Nie ma co, dotrzeć tutaj banalnie łatwo.

Zarzucam graty na plecy i w drogę wzdłuż torów w kierunku Oświęcimia. Po chwili przechodzę pod wiaduktem i ruszam dalej brzegiem rzeki mając tory tym razem po lewej. Przechodzę nad strumieniem wpadającym do rzeki i zza gęstwy lokalnej flory po lewej wyłania się on – CEL podróży.

Na tle drzew i zarośli rysuje się parterowy domek ze spadzistym dachem, rezydencja rodziny Żukowskich. Między nim a brzegiem rzeki rozciąga się zielona połać od której pewnie pochodzi nazwa posiadłości – Słoneczna Łąka. Dookoła chabazie i oczerety, emitujące pod wpływem promieni słonecznych to, co moja psorka od chemii nazywała estrami, a ja – swojskim klimatem. Matka ziemia oddycha ospale. Świerszcze, koniki polne czy inne szarańcze nieźle dają do wiwatu. Tuż ponad powierzchnią wody przefrunął niezidentyfikowany obiekt latający (znam się na ornitologii jak kura na pieprzu) i zniknął gdzieś na drugim brzegu. Sam domek jest nie za duży, nie za mały. Na parterze mieszkają gospodarze tego miejsca, na poddaszu przygotowywane są pokoje gościnne. Zewnętrzne drewniane ściany pachną żywicą, przed wejściem wygrzewają się dwa piękne syberiany i mniej piękny kot. Nad wodą, skubiąc przybrzeżne łopuchy i inne zielsko, leniwie pomekuje stadko kóz.

Veni, vidi, eee.... oto jestem!!!
Drzwi otwarte na oścież, zaglądam do środka, nikogo nie ma. Obchodzę dom niczym pies hydrant, chcąc znawigować pana domu.

- Siema! – zza pleców słyszę donośny okrzyk, który obudziłby umarłego, a u mnie wywołuje radość, że jeszcze w pociągu skorzystałem z WC i teraz nie grozi mi zmiana bielizny – Nie miałeś, widzę kłopotów z dotarciem?
Odwracam się, wiedząc już co mnie czeka. Stoi przede mną facet postury niedźwiedzia i szczerzy się rubasznie – Chodź, czekając na pozostałych rozpalimy ognisko.

Wydłubujemy z drewutni (czy jak tam się nazywa miejsce składowania drewna na opał) szczapę za szczapą i układamy w zgrabny stosik. Na ławie obok pojawia się catering pod postacią tego co przywiozłem (kiełbachy z przeznaczeniem na ognisko) i wielkiego szklanego naczynia przytarganego przez gospodarza i co najważniejsze – specjały Pani Słonecznej Łąki.
W tym momencie wpada zgraja pozostałych agroturystów, przynosząc co kto tam ma. Każdy mości się wygodnie, strzelają pierwsze płomienie w palenisku, ktoś wyciąga gitarę i.....

Co się działo potem.... Każdy może dopisać sobie wedle własnego uznania. Wspomnę tylko, że gdy zaczęło świtać, nawet nie powlekliśmy się do namiotów. Głównym powodem nie było wbrew pozorom to, że nie dało się wstać. Zrozumie to ktoś, kto choć raz spał pod gwiazdami przy dopalającym się ogniu.....

niech drżą gitary struny, niech wiatr grzywacze pieści (dopisek Gospodarza)



Daniel Urbanowski